Sunday, May 15, 2011

Dlugi wickend i dlugi pech

Maj sie zaczal i jest po dlugim wickendzie. Przyznam ze zaczelo sie bardzo slabo... najpierw w Trzebnicy po dlugiej i mozolnej jezdzie znalezlismy sie na 10 minut po oficjalnym zamknieciu biura zawodow. Jednak jak zwykle humor i zaangarzowanie organizatorow zatrzymaly ich dluzej w biurze... zwlaszcza ze kibicowali takze wyjazdowi autokaru wycieczkowego... moze do Rzymu?

Uff majac numer udalismy sie do hotelu gdzie spotkalismy sie ze znajomymi... choc i tu maly zgrzyt. Reka pogruchotana po upadku z roweru nie nadaje sie do podawania. Dziwne miny :) Sen a rano wiut rowerem na start by spotkac innych znajomych. Potem z powrotem do hotelu bo startowalem w jednej z ostatniej grup. Na starcie fajnie... ruszamy i jedziemy spokojnie przez miasto. Chlopaki walcza... jednen gubi torbe na pierwszej prostej. Kilka dowcipow i jedziem dalej. Przy kolegiacie... Zzzwiiuuu i zeszlo powietrze z przedniego kola. Zsiadam patrze... no coz dupa z jazdy. Nie mam zapasu jak zwykle liczylem na szczescie. Caly wyjazd szlak trafil :) Reszta klubu zgarnia mnie z pod kolegiaty i jedziemy oddac numerek i inne dobra na start. Kolezanka z Szerszeni probuje mnie zachecac do walki ale nikt nie ma detki a jedyny sklep w Trzebnicy gdzie mogly by byc takowe zamkniety:) Nie zrazamy sie. W drodze do Szklarskiej kupuje lyzki i detke w super sklepie we Wrocku. Na miejscu w hotelu zmieniam detke pompuje... patrze a tu przez przetarta opone wychodzi mi babel detki :) Dodatkowo znajduje duza przeciecie na grzbiecie opony. Nic tam... dzwonie do Decatlony we Wrocku.... wypozyczalni rowerow w Szklarskiej i nie maja opon do szosowki :) Dobrym przypadkiem sa w hotelu inni triathlonisci. Udaje mi sie znalezc milego czlowieka ktory odsprzedaje uzywana oponke i ja zakladam. Jeden trening uratowany. Reszte wickendu rowerowego szlak trafil.

Na koniec 3-rano wygladam za okno a tam zima! 20 cm sniegu na samochodzie. Mokry lepki snieg i wszyscy na letnich oponach. 8 godzin drogi do Wawy ze Szklarskiej z czego chyba 1.5h do samej Jeleniej gory. Dantejskie sceny i strach w oczach. Ale wrocilismy spokojnie... To byl dlugi wickend i dlugi pech ale na koniec wiele szczescia ze wrocilismy cali i rozbawieni. Potwory sie nie daly :)

No comments:

Post a Comment