Monday, May 30, 2011

IRON MONSTERS!!!!!!!!!!!!

Za nami kolejny sprawdzian mocy i to w dawce 3x2! 2 moje kochane Potwory: mały zwany Krótką Heńką (znaną ogółowi jako nasza córka Matylda) oraz duży czyli Heniuś (Rafał) wyruszyli do St. Polten ażeby po raz kolejny zmierzyć się na dystansie IM 70.3
Jak zawsze towarzyszyły nam olbrzymie emocje megadawka adrenaliny euforii radości oraz.... upał. Potwory jednak tak jak poprzednio również teraz pokazały świetną kondycję żelazną wolę i MOC - słowem klasa sama w sobie :)

Tu należy wspomnieć o wynikach czyli II m-cu dla Mati (w kategorii wiekowej kobiety 7 lat) oraz pierwsza triathlonowa wspaniałą 6-tka dla Rafała :)
HIP HIP HURRA!!!!!!!

(suf)

Warto zauwazyc ze mamy swietny przyklad jak ktos sie nie uczy na swoich bledach. Sam pisalem w zeszlym roku na maratonach o tym jak sie odzywiac i nawadniac a potem jade na zawody i padam ofiara zaniedbania. 6stka z przodu czyli najgorszy czas w historii :) a to wszystko dla tego ze sie nie nawadnialem prawie wcale przez pierwsze 2 godziny. Coz za glupote placi sie bolesnie najgorszym polmaratonem w historii.

Natomiast Matti wspaniala :)

Sunday, May 15, 2011

Dlugi wickend i dlugi pech

Maj sie zaczal i jest po dlugim wickendzie. Przyznam ze zaczelo sie bardzo slabo... najpierw w Trzebnicy po dlugiej i mozolnej jezdzie znalezlismy sie na 10 minut po oficjalnym zamknieciu biura zawodow. Jednak jak zwykle humor i zaangarzowanie organizatorow zatrzymaly ich dluzej w biurze... zwlaszcza ze kibicowali takze wyjazdowi autokaru wycieczkowego... moze do Rzymu?

Uff majac numer udalismy sie do hotelu gdzie spotkalismy sie ze znajomymi... choc i tu maly zgrzyt. Reka pogruchotana po upadku z roweru nie nadaje sie do podawania. Dziwne miny :) Sen a rano wiut rowerem na start by spotkac innych znajomych. Potem z powrotem do hotelu bo startowalem w jednej z ostatniej grup. Na starcie fajnie... ruszamy i jedziemy spokojnie przez miasto. Chlopaki walcza... jednen gubi torbe na pierwszej prostej. Kilka dowcipow i jedziem dalej. Przy kolegiacie... Zzzwiiuuu i zeszlo powietrze z przedniego kola. Zsiadam patrze... no coz dupa z jazdy. Nie mam zapasu jak zwykle liczylem na szczescie. Caly wyjazd szlak trafil :) Reszta klubu zgarnia mnie z pod kolegiaty i jedziemy oddac numerek i inne dobra na start. Kolezanka z Szerszeni probuje mnie zachecac do walki ale nikt nie ma detki a jedyny sklep w Trzebnicy gdzie mogly by byc takowe zamkniety:) Nie zrazamy sie. W drodze do Szklarskiej kupuje lyzki i detke w super sklepie we Wrocku. Na miejscu w hotelu zmieniam detke pompuje... patrze a tu przez przetarta opone wychodzi mi babel detki :) Dodatkowo znajduje duza przeciecie na grzbiecie opony. Nic tam... dzwonie do Decatlony we Wrocku.... wypozyczalni rowerow w Szklarskiej i nie maja opon do szosowki :) Dobrym przypadkiem sa w hotelu inni triathlonisci. Udaje mi sie znalezc milego czlowieka ktory odsprzedaje uzywana oponke i ja zakladam. Jeden trening uratowany. Reszte wickendu rowerowego szlak trafil.

Na koniec 3-rano wygladam za okno a tam zima! 20 cm sniegu na samochodzie. Mokry lepki snieg i wszyscy na letnich oponach. 8 godzin drogi do Wawy ze Szklarskiej z czego chyba 1.5h do samej Jeleniej gory. Dantejskie sceny i strach w oczach. Ale wrocilismy spokojnie... To byl dlugi wickend i dlugi pech ale na koniec wiele szczescia ze wrocilismy cali i rozbawieni. Potwory sie nie daly :)