Biegli, biegli i....nie dobiegli :(
ale zapowiadało się nieźle, przez pierwszą połowę biegliśmy zgodnym krokiem z grupą na 4:00 (do teraz nie wiem czy oby na pewno netto czy bardziej brutto) i biegło się zadziwiająco lekko, od 13-go km żołądek się zbuntował i zaczął wysyłać niepokojące sygnały, ale Potwory tak łatwo się nie poddają i byle co ich nie wystraszy więc walczyliśmy dalej (ja z żołądkiem, Rafał z moją niemocą wspierając mnie na wszelkie znane tylko jemu sposoby). Walka ostatecznie zakończyła się porażką na 28 km. Ostatnie 14 km pokonałam już nie o własnych siłach, ale w ambulansie w kocykowym kokonie, podłączona do odżywczego koktajlu z kroplówki.
I tyle było z maratonu....pozostał gorzki smak porażki, wciąż obolały żołądek i medal, po który w następnym roku przybiegnę już o własnych siłach.
Jeszcze się policzę z Cracovią!
P.S. Kochanie, dziękuję za wszystko
No comments:
Post a Comment